W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie w ramach naszej strony internetowej korzystamy z plików cookies. Pliki cookies umożliwiają nam zapewnienie prawidłowego działania naszej strony internetowej oraz realizację podstawowych jej funkcji.

Te cookies są niezbędne do funkcjonowania naszej strony i nie może być wyłączony w naszych systemach. Możesz zmienić ustawienia tak, aby je zablokować, jednak strona nie będzie wtedy funkcjonowała prawidłowo
Te cookies pozwalają nam mierzyć ilość wizyt i zbierać informacje o źródłach ruchu, dzięki czemu możemy poprawić działanie naszej strony. Pomagają nam też dowiedzieć się, które strony są najbardziej popularne lub jak odwiedzający poruszają się po naszej witrynie. Jeśli zablokujesz ten rodzaj cookies nie będziemy mogli zbierać informacji o korzystaniu z witryny oraz nie będziemy w stanie monitorować jej wydajności.
Te cookies służą do tego, aby wiadomości reklamowe były bardziej trafne oraz dostosowane do Twoich preferencji. Zapobiegają też ponownemu pojawianiu się tych samych reklam. Reklamy te służą wyłącznie do informowania o prowadzonych działaniach. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej polityce prywatności.
BBlogosfera

Słów brak. Przepraszam

Słów brak. Przepraszam

Mam problem. Zasiadam do napisania felietonu – formy z definicji stworzonej po to, by komentować, drwić, puentować i wstawiać rzeczywistość w nawias – i nagle uświadamiam sobie jedno: nie mam nic do powiedzenia. A dokładniej: język mi się skończył. I nie jest to żaden mój spektakularny, odkrywczy manewr intelektualny, po prostu czuję, że ten tradycyjny aparat pojęciowy, który dotąd służył ludziom do komunikacji, ostatecznie się wyczerpał. W dzisiejszym kształcie przestał pełnić swoją podstawową funkcję. Słowa stały się szumem, a rzeczywistość wokół – ciągiem zdarzeń tak abstrakcyjnych, że wszelki komentarz brzmi przy nich po prostu blado. 

Wziąć chociażby najnowszą, netflixową wersję „Lalki”. W ogóle nie chciało mi się jej komentować, bo przecież to nawet nie jest Lalka, to film – szósty odcinek rzucił światło na całość jednak ostre – Quentina Tarantino z wykorzystaniem postaci z powieści Prusa. Tyle. Ale im dłużej o tym myślę, tym wyraźniej widzę, że ten serial stał się kwintesencją wszystkiego, o czym tu mówię. To żenująca i groteskowa wizja relacji międzyludzkich – takich tu i teraz. Tam, gdzie w literaturze te więzi były złożone, szlachetne, momentami powściągliwe, ale przez to fascynujące – serialowa wersja brutalnie wpisała się w nasz dzisiejszy krajobraz spopielonej ziemi. Zrobiła dokładnie to, co robimy ze światem wokół: wzięła coś pięknego i to ohydnie zdeformowała. Przecież żyjemy w czasach, w których szlachetną tkankę komunikacji trzeba natychmiast zniszczyć, spłaszczyć, zredukować do bylejakości, rzucić w błoto i oblepić kurwami, chujami i pizdami. Bo my już naprawdę inaczej nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Nie potrafimy inaczej przykuć uwagi, nie potrafimy inaczej sobie zaimponować. Subtelność nas uwiera, jak kamyk w bucie, a niuanse stały się ciałami obcymi. 

Nie chce mi się też komentować nagonki na media społecznościowe, które obwinia się o to, jakoby były inspirującą siłą do - sprzed kilku dni - krwawych zamachów w Polsce. Szukanie w nich źródła zła to wybitna łatwizna. Właśnie zerknęłam – wpada mi w oko reklama podręcznika „Jak przejrzeć każdego na wylot”  - Biblia mowy ciała. Boże mój… Kolejny produkt oferujący tanie sztuczki zamiast prawdy. I to jest właśnie powód, dla którego nie mam siły tego komentować – nie wiem po prostu, jak odnieść się do tych oparów absurdu, w których wszyscy toniemy. Ale do portu. To w ogóle nie jest temat na lekki felieton, bo problem nie leży w dzisiejszej młodzieży. Problem leży w  rodziców, bo zrezygnowaliśmy z wychowywania młodych ludzi. Nie wiemy do czego ich wychowywać, nie wiemy co jest wartością, nie mamy wartości, a propos – nie płyniemy do żadnego portu, po prostu dryfujemy. 

I powiem coś bardzo trudnego: na wszystko jest już prawdopodobnie za późno. Żeby cokolwiek zmienić, trzeba by cofnąć czas i od nowa wychować nie dzieci, ale ich rodziców. To, co oglądamy dzisiaj, to nie są wybryki żadnego algorytmu – to są po prostu dojrzałe, gorzkie owoce, które wyrosły na modyfikowanych genetycznie drzewach. Na drzewach zasadzonych w chłodzie emocjonalnego niedokreślenia, braku rozmowy, niczym nieokiełznanej wolności i absolutnej samotności. Nie komentuję dalej. Brak słów. Przepraszam.

A decyzja Donalda Trumpa o zakupie oleju napędowego od Putina, żeby ratować rynek? Jak to zinterpretować? Czym to puentować? Język i tu ponosi całkowitą klęskę. Obserwujemy odwieczny, bezsensowny, a może właściwie bardzo sensowny, tylko lekceważony, a właściwie wcale nie lekceważony, taniec na linii wojna-biznes, biznes-wojna, wojna-biznes - na co wypadnie, na to bęc. Najpierw nakładamy sankcje, machamy sztandarami moralności i odmieniamy słowo „wartości” przez wszystkie przypadki. Potem wybucha nowa wojna na Bliskim Wschodzie, ceny na stacjach paliw skaczą pod sufit, a amerykańskiemu wyborcy zaczyna brakować w portfelu. I nagle – bęc! – zasady znikają, a zza kulis wyłania się ten sam stary, cyniczny handel: kupujemy rosyjski olej, no bo przecież „biznes to biznes”, a giełda nie ma sumienia. Geopolityka zmienia się w zwykły licznik na dystrybutorze. Kurczę, tego się po prostu nie da skomentować. Zostaje tylko pusta konstatacja: na cokolwiek wypadnie – na to bęc. 

Co więc robić, gdy świat pędzi w stronę groteski, a język traci sens? Siedzę sobie w domu. Mam złamaną nogę, więc siłą rzeczy zostałam wyrzucona poza margines i weszłam w rolę cichego obserwatora. Kiedy ma się aż tyle czasu na patrzenie i kiedy daje się sobie pełne prawo do niekomentowania, świat wyłaniający się z nagłówków wydaje się po prostu coraz bardziej niegodziwy. Ale mam też czas na kulturę. Wczoraj dokuśtykałam do teatru na Festiwal Bez Granic.. Obejrzałam spektakl „Bieżeńcy” na podstawie scenariusza Romana Pawłowskiego i książki Anety Prymaki-Oniszk, w reżyserii Andreia Novika. Doskonały, przejmujący, czysty. To nie jest spektakl do komentowania, recenzowania czy rozkładania na części pierwsze – to spektakl do przeżywania, do ciszy. Podczas spotkania z widzami jedna z aktorek, Białorusinka, pytana o pieśń, którą absolutnie mnie poruszyła, powiedziała przeuroczo, że pochodzi ona ze... zbiornika pieśni białoruskich. Przekręciła słowo? A może stworzyła przepiękny neologizm? Zbiornik pieśni. Coś głębokiego, czystego, retencyjnego, co gasi pragnienie w czasach suszy. I to słowo, ten jeden zbiornik, zabieram ze sobą z tego wieczoru na zawsze. 

Obejrzałam sobie też film „Mniej obcy” w reżyserii Kristoffera Rusa na Netflixie – piękna, bardzo intymna opowieść o Janie Borysewiczu, o zespole Lady Pank, której też nie mam zamiaru recenzować. Po co wpychać tam na siłę krytyczny komentarz? Wystarczy po prostu posłuchać, popatrzeć i pobyć z tą historią. Brak słów, przepraszam, jestem oczarowana.

Felieton z założenia powinien być komentarzem. Wypadałoby podsumować to wszystko jakoś dowcipnie, błyskotliwie, zatrzasnąć drzwi z głośnym przytupem. Tylko że, kurczę... naprawdę mi się nie chce. Chcę zamilknąć. W świecie, który staje się coraz bardziej niegodziwy, najlepszym, co mogę zrobić z pozycji swojej gipsowej izolacji, jest skorzystanie z prawa do milczenia. Zostawiam zgiełk za drzwiami, wybieram swój zbiornik pieśni i pozwalam sprawom ważnym być ważnymi, a głupim – przeminąć bez mojego udziału.

Powiązane artykuły

O nas

Portal jest miejscem spotkania i dyskusji dla tych, którym nie wystarcza codzienna dawka smutnych newsów, jednakowych we wszystkich mediach. Chcemy pisać o naszym mieście, Bielsku-Białej, bo lubimy to miasto i jego mieszkańców. W naszej pracy pozostajemy niezależni od lokalnych władz i biznesu.

Cart