Mówi się czasem, z lekko pobłażliwym uśmiechem: „O, od razu widać, że to pani nauczycielka!” Albo przeciwnie – ktoś wchodzi do pokoju w skórzanej kurtce, takiej motocyklowej, a w odpowiedzi na wieść o wykonywanym zawodzie słyszy prychnięcie: „Co ty, serio? Na nauczycielkę to ty w ogóle nie wyglądasz!” Co to właściwie znaczy? Jak wygląda ów mistyczny archetyp, który w naszej zbiorowej podświadomości wyrył się głębiej niż wzór na pole trapezu?
Archetypiczna nauczycielka w naszej kulturze ma dwa klasyczne wcielenia. Pierwsze – nazwijmy je „wariantem XIX-wiecznym” – zawdzięczamy malarstwu i XIX-wiecznym powieściom. To matrona w ciasno zapiętej pod szyję bluzce, z włosami zwiniętymi w ciasny, bezlitosny kok, w którym tkwią ciasno zapasowe szpilki. Zawsze ma przy sobie okulary na łańcuszku (które zsuwa charakterystycznie na koniec nosa, a sponad nich spogląda złowieszczo na gawiedź) i aparycję osoby, która właśnie przeczytała cały dorobek Kanta i… nie była nim specjalnie zachwycona. Drugie wcielenie to nostalgia rodem z PRL-u i późnych lat 90. Nauczycielka „z epoki” to mistrzyni geograficznego lub chemicznego kamuflażu: garsonka w kolorze musztardowym lub bordowym, trwała ondulacja zdolna przetrwać wybuch nuklearny i ten charakterystyczny, niepodrabialny atrybut – kredowa pyłkowatość na dłoniach (czy „pyłkowatość” nie zabrzmiała teraz trochę jak „chlebowość”? Taki grepsik z okazji rozpoczęcia roku szkolnego).
Gdybyśmy szukali popkulturowych wzorców, „wyglądać jak nauczycielka” oznacza balansować gdzieś na linii między Sybillą Trelawney a Dolores Umbridge z Harry’ego Pottera. Z jednej strony mamy więc estetykę „roztrzepanej polonistki”: trzy swetry na raz, szal dławiący szyję niczym wąż boa, kolczyki z filcu i etniczna torba mieszcząca wypracowania trzech klas i dwie bułki z pastą jajeczną, z drugiej zaś – sterylną, pastelową elegancję, przy której sam widok różowej garsonki wywołuje w dorosłych ludziach nagłą potrzebę schowania ściągi do piórnika.
Więc co to znaczy „NIE wyglądać na nauczycielkę”? To proste. Występuje tu syndrom braku tzw. „nauczycielskiego spojrzenia”. Nauczycielka „z wyglądu” posiada bowiem w oczach rentgen, który skanuje otoczenie i automatycznie wykrywa żucie gumy, korzystanie z telefonu pod ławką oraz brak stroju galowego. Skanujące oczy… Tylko nauczycielski takie mają. Jeśli wyglądasz na kogoś, kto w niedzielę wieczorem po prostu odpoczywa, zamiast z ponurą satysfakcją stawiać wykrzykniki na marginesach – społeczeństwo uznaje, że nie pasujesz do wzorca. Na szczęście ten stereotyp powoli ląduje w koszu, zresztą tuż obok starej, brudnej gąbki do tablicy. Współczesna nauczycielka może nosić trampki, tatuaże, skórzaną ramoneskę i nie mieć w szafie ani jednej musztardowej garsonki. Choć bądźmy szczerzy – czerwona długopisowa plama na dnie ulubionej torebki i tak w końcu dopadnie każdą z nich.
Mit nauczycielki „nieglamour” nie wziął się znikąd – wyhodowaliśmy go sobie zupełnie oficjalnie. Przez dekady idealna nauczycielka nie tyle mogła wyglądać jak niedostępna, surowa matrona, ile po prostu musiała nią być i tyle w temacie. Służba edukacji wymagała poświęcenia, a poświęcenie – przynajmniej zdaniem XIX- i XX-wiecznych architektów systemu – najlepiej smakowało bez męża i dzieci u boku. W wielu krajach (zwłaszcza w mentalności potocznej) obowiązywała niepisana – a czasem wręcz formalna – zasada: nauczycielka powinna być „starym kawalerem w spódnicy”. Wygląd miał być tego bezpośrednim odzwierciedleniem. Żadnych flirtów z modą, żadnych frywolnych dekoltów, zero jakiegokolwiek akcentu, który sugerowałby, że ta kobieta po godzinie 15.oo ma życie prywatne. Masz wyglądać ascetycznie, przezroczysto i bezgrzesznie, najlepiej jak zakonnica w cywilu, dla której jedynym romansem jest miłość do gramatyki albo tabliczki mnożenia, czy niech już będzie, do tego Żeromskiego. Stąd właśnie wzięła się ta ikoniczna „pani od fizyki”, której ubiór miał jeden główny cel: odgromowy. Garsonka w kolorze zgaszonej nadziei, buty na tak zwanym wygodnym obcasie i zero makijażu, bo przecież pomadka mogłaby odciągać uwagę młodzieży od praw fizyki Newtona. Każdy przejaw elegancji czy dbania o styl traktowano niemal jak dywersję. Kobieta dbająca o wygląd? Pewnie nie ma czasu sprawdzić klasówek!!! Gdy więc dzisiaj ktoś mówi: „Ojej, ale ty nie wyglądasz na nauczycielkę!”, tak naprawdę podświadomie odpala w głowie archiwum z XIX wieku. A tu niespodzianka – wchodzi dziewczyna w modnych czerwonych szpilkach, błyszczyku i z uśmiechem, z którego absolutnie nie wynika, że spędziła młodość w wieży ze słoniowej kości, czekając, aż ktoś rozwiąże za nią równanie z dwoma niewiadomymi.
Malarstwo i literatura przez wieki szły w tej kwestii ramię w ramię, budując pomnik kobiety, która zamiast własnego życia wybiera „misję”, nie, nie, to trzeba napisać wielką literą – „MISJĘ”. W polskiej literaturze mamy przecież cały legion takich postaci – od Joanny Podborskiej z „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, przez klasyczną Stasię Bozowską z „Siłaczki”, aż po całą armię XIX-wiecznych guwernantek. Wszystkie one nosiły ten sam niewidzialny mundur: skromność, lekki cień zmęczenia pod oczami i moralną surowość, która miała ustrzec je przed zgubną próżnością”. Malarstwo uchwyciło ten wizualny kod idealnie. Oto dwa obrazy, które stanowią absolutne, podręcznikowe odzwierciedlenie tego archetypu. Pierwszy to „Guwernantka” Richarda Redgrave’a (1844) - chyba najbardziej przejmujący i ikoniczny obraz przedstawiający nauczycielkę domową epoki wiktoriańskiej. Co widzimy: w jasnym, bogatym salonie siedzi młoda guwernantka, ma surową, czarną, niemal żałobną suknię, zapiętą pod samą szyję. Jej twarz jest blada, smutna i wyprana z emocji. Trzyma w ręku list – prawdopodobnie od rodziny – nie zgadujmy jego treści za wszelką cenę. A w tle wesoło bawią się dziewczynki – ubrane w jasne, zwiewne sukienki, skąpane w słońcu, kontrast wypadł doskonale. Guwernantka jest zawieszona w próżni - nie należy ani do sfery służby, ani tym bardziej nie jest też traktowana jak członek rodziny. To malarska wersja Joanny Podborskiej. – jest przezroczysta, wyzuta z seksualności, pozbawiona prawa do luksusu czy mody. Jej suknia to pancerz chroniący przed posądzeniem o "flirt z pracodawcą", a i reputacji raczej w niej nie utraci, ale o tym za moment.
Drugi słynny obraz zostawił nam tym razem sto lat wcześniej, w 1739 roku Jean-Baptiste-Siméon Chardin – „Guwernantka” - klasyczny wzór pedagogicznej surowości. Co widzimy: dojrzała, dystyngowana kobieta w bardzo skromnym, wręcz ascetycznym stroju (prosty czepiec, stonowana suknia, fartuch) właśnie udziela lekcji manier chłopcu, który trzyma pod pachą kapelusz i książkę. Pochyla się nad nim z wyrazem absolutnej powagi. Zamiast matczynego ciepła, czy choćby zwykłego ciepła, mamy tu dostojeństwo i czujność. Jej ubiór jest praktyczny, bezmyślny estetycznie, podporządkowany jednemu celowi: reprezentowaniu moralnego porządku. To archetyp „pani z zasadami”. Jej wygląd mówi jasno: jestem tu od tego, żeby zrobić z ciebie człowieka, a nie żeby się podobać. Zero ozdób, zero fanaberii, zero czegoś fajnego.
Tak z malarstwa, jak i z literatury (od „Dziwnych losów Jane Eyre” Charlotty Brontë po polskie powieści pozytywistyczne) wyłania się ten sam portret: kobieta-nauczycielka to postać w cieniu, z cienia, zacieniona. U Żeromskiego czy Prusa nauczycielka nie ma prawa być strojna – barwna suknia czy dbanie o fryzurę u ubożuchnej nauczycielki natychmiast rodziłyby w oczach XIX-wiecznego społeczeństwa podejrzliwość co do jej moralności. Miała być jak jej własny kredowy pył: pożyteczna, niezauważalna i szara. Gdy więc dziś słyszymy, że ktoś „nie wygląda na nauczycielkę”, to wciąż odbijają się w nas echa tych samych czarnych sukien z obrazów Redgrave'a i samotnych nocy Stasi Bozowskiej nad podręcznikiem do anatomii. Niestety.
Od nauczycielki wymagano pełnego, niemal religijnego ascetyzmu. I tu dochodzimy do samego rdzenia problemu: staropanieństwo nauczycielek nie było przypadkowym skutkiem ubocznym wykonywania zawodu. Ono było systemowym wymogiem. przez całe dekady społeczeństwo podchodziło do nauczycielki według prostej, bezwzględnej logiki: albo masz własną rodzinę, albo jesteś matką naszych dzieci. Obu tych ról patriarchalny świat nie potrafił (albo po prostu nie chciał) pomieścić w jednym ciele.
Wymóg bezżeństwa, czyli „celibat w cywilu” obowiązywał w XIX i na początku XX wieku w wielu krajach europejskich oraz w niektórych stanach USA - funkcjonowała oficjalna lub nieoficjalna „klauzula bezżeństwa”. Nauczycielka, która wychodziła za mąż, automatycznie traciła pracę. Dlaczego? Teoria moralno-obyczajowa - zamężna kobieta „wiedziała za dużo” o życiu cielesnym, co w oczach ówczesnej pruderii czyniło ją nieodpowiednią do nauczania „czystych, niewinnych dzieci”. Nauczycielka miała być „świecką zakonnicą”. Jej domem miała być szkoła, jej dziećmi – uczniowie, a jej jedynym partnerem życiowym – program nauczania. Jak to budowało „look” nauczycielki? Ten społeczny przymus staropanieństwa drastycznie wpłynął na to, jak nauczycielki musiały wyglądać. Wizerunek kobiety niezamężnej w patriarchalnym świecie był pułapką bez wyjścia. Jeśli nauczycielka ubrała się zbyt strojne, użyła perfum czy podkręciła włosy, natychmiast uznawano to za „gorszące szukanie męża na siłę”. Wygląd frywolny groził utratą reputacji i pracy. Z drugiej strony, jeśli ubierała się skromnie, praktycznie i ascetycznie – stawała się obiektem drwin jako „stara panna”, „zasuszona dewotka” czy „posępna matrona”. Stąd właśnie wzięła się ikona stylu - zapięta pod szyję stójka, pod podbródek właściwie, do tego ciemna spódnica do ziemi, włosy związane tak ciasno, że aż wygładzały zmarszczki na czole i zero jakichkolwiek ozdób. Suknia nauczycielki miała być wizualnym oświadczeniem: „Nie biorę udziału w rynku matrymonialnym. Jestem poza sferą pożądania.” Była.
W polskiej tradycji mit „kobiecej, nauczycielskiej misji” osiadł wyjątkowo głęboko przez etos siłaczki i Matki Polki. Kobieta edukująca naród pod zaborami nosiła na barkach nie tylko matematykę, ale i sprawę narodową. Czy Joanna Podborska mogła ułożyć sobie życie u boku Judyma? Nie mogła, bo w polskiej literaturze pozytywistycznej i młodopolskiej miłość i własne szczęście były traktowane niemal jak zdrada „sprawy”. Nauczycielka musiała cierpieć, być samotna i powoli topnieć jak świeca, szlachetnie i wzniośle. Gdy więc dzisiaj widzimy nauczycielkę w dopasowanej sukience, z czerwonymi paznokciami, wracającą po pracy do męża i dzieci (albo na drinka ze znajomymi), obalamy tak naprawdę ponad stuletni, patriarchalny dogmat. Dogmat, który wmawiał kobietom, że przekazywanie wiedzy wymaga absolutnego wyrzeczenia się własnej kobiecości, prywatności i prawa do szczęścia. I prawa do fajnej sukienki.
A do tego ta „utrata reputacji”! Sformułowanie brzmiące jak żywcem wyjęte z zakurzonego XIX-wiecznego poradnika dobrych manier albo ze stenogramu posiedzenia rady parafialnej z 1902 roku. Dziś używamy go głównie w kontekście polityków gubiących pendrive’y z tajnymi danymi, ale w przypadku dawnej nauczycielki „utrata reputacji” była katastrofą obyczajową o sile wybuchu supernowej. Co ciekawe, u mężczyzny-nauczyciela to samo zachowanie kwalifikowało się co najwyżej jako „urocza ekscentryczność”. Pan od historii mógł przyjść na lekcje w dwóch różnych butach, pachnieć wczoraj pędzoną na śliwkach nalewką i głośno narzekać na rząd, a uczniowie oraz dyrekcja puszczali to w niepamięć: „Ach, ten nasz kochany, szalony pan profesor!”. Dla nauczycielki poprzeczka wisiała jednak w kosmosie. Utrata reputacji nie wymagała wcale popełnienia przestępstwa. To była misterna gra, w której punkty traciło się za najmniejszy szelest. Co mogło doprowadzić do kulturowej ekskomuniki i „utraty reputacji”? Zbyt głośny śmiech na ulicy - nauczycielka nie śmiała się – ona co najwyżej powściągliwie i z lekkim ubolewaniem aprobowała otoczenie. Głośny chichot sugerował niewyjaśniony (!) nadmiar życiowej radości, a stąd już tylko krok do podejrzeń o brak powagi i moralne, o zgrozo, rozprężenie. Czerwona wstążka lub zbyt jasna suknia, założenie czegoś w kolorze innym niż „gołębi cień” czy „zgaszona bordo-szarość” było traktowane jak jasna deklaracja: „SZUKAM WRAŻEŃ!”. Reputacja zaczynała trzeszczeć w szwach. Samotny spacer po zmroku? Kobieta edukująca młodzież, po godzinie 18:00 powinna była siedzieć w domu i łatać skarpetki albo pisać scenariusz akademii ku czci. Spacer o zmierzchu? Pewnie czyta poezję romantyczną i czeka na nieznajomego! Dostrzeżenie jej w kawiarni z mężczyzną (nawet kuzynem) - jeśli ów mężczyzna nie miał powyżej siedemdziesięciu lat i nie był lokalnym proboszczem ani dyrektorem szkoły, w miasteczku wybuchał stan wyjątkowy. Wyrok zapadał przed skonsumowaniem szarlotki. Utrata reputacji oznaczała dla nauczycielki coś absolutnie ostatecznego – nie tylko ostracyzm towarzyski i utratę pracy, ale wręcz utratę prawa do wykonywania „świętej misji”. Kobieta bez reputacji nie mogła przecież uczyć dzieci, jak być prawymi obywatelami, skoro sama ośmieliła się np. zatańczyć walca na wiejskim weselu z nieco… za dużym zapałem. Z dzisiejszej perspektywy ma to w sobie cudowną absurdalność. Przerażenie przed „utratą reputacji” było po prostu genialnym narzędziem kontroli – sprytnym batem obyczajowym, który pilnował, by nauczycielki przypadkiem nie pomyślały, że poza tablicą i kredą mają prawo do własnego, barwnego, prywatnego życia.
Swoistą kulminacją tej absurdalnej presji na wizerunek stał się socrealizm. Wydałoby się, że nowa, rewolucyjna epoka da kobiecie wolność – w końcu hasło „kobiety na traktory” obiecywało powiew świeżości i zrównanie praw. W przypadku nauczycielek okazało się to jednak tylko zmianą dekoracji, i to na jeszcze bardziej surową. W realiach socrealizmu utrata reputacji nauczycielki zyskała całkiem nowy wymiar – z obyczajowej przesunęła się w stronę ideologiczną. Dawna „stara panna w zapiętej pod szyję stójce” musiała przeistoczyć się w Przodowniczkę Pracy Pedagogicznej. A jak wyglądała idealna socrealistyczna nauczycielka? Przede wszystkim zero „mieszczańskiego blichtru”. Perfumy, pomadka do ust, fale zrobione na wałkach czy – nie daj Boże – jedwabna chustka, oznaczały natychmiastowy spadek reputacji. Wygląd „za bardzo staranny” albo, co gorsza, „elegancki w stylu zachodnim” kwalifikował się jako „odchylenie ideologiczne” i „uleganie burżuazyjnym przesądom”. Nauczycielka miała wyglądać bojowo, konkretnie i bezcechowo. Wzorcowy look socrealistycznej pedagożki opierał się na prostej zasadzie: użyteczność ponad wszystko. Fryzura - praktyczny bob albo włosy zepchnięte w bezdyskusyjną siatkę. Żadnych frywolnych loków sugerujących, że rano spędziła przed lustrem więcej niż trzy minuty. Góra - prosta, szara lub granatowa bluzka bez zbędnych falbanek. Dół - prosta spódnica z grubej wełny albo płótna, koniecznie zakrywająca kolana, w kolorze, który nie przyciągał uwagi nawet leśnych zwierząt. Stylowe dodatki - legitymacja partyjna i czerwony długopis w kieszeni. Reputację w socrealizmie traciło się nie za to, że ktoś widział cię z mężczyzną w kawiarni, ale za to, że twój strój zdradzał „indywidualizm”. Gdyby ówczesna nauczycielka pojawiła się w klasie w szpilkach i zwiewnej sukience w kwiaty, rada pedagogiczna mogłaby uznać, że zamiast budować socjalistyczne postawy i wpajać uczniom plan 6-letni, sieje ona w szkole zarazki kapitalistycznego dekadentyzmu. Reputacja nauczycielki znów leżała w pancerzu ubrań – tym razem nie po to, by chronić jej „czystość przed pokusą”, ale by udowodnić, że jej ciało i umysł w całości należą do budowy nowego ustroju.
Gdyby Dolores Umbridge z Harry’ego Pottera wylądowała w latach 50. w szkole podstawowej w Radomiu, prawdopodobnie zostałaby uznana za element wywrotowy. Ten jej jaskraworóżowy garsonkowy szpan, spinki z kotkami i herbatka z porcelanowych filiżanek? Czysty, bezczelny burżuazyjny dekadentyzm! W świecie J.K. Rowling Umbridge reprezentuje urzędniczy totalitaryzm ukryty pod słodką pastelowością – surowa reżimowa dyscyplina ubrana w róż. Z kolei Sybilla Trelawney, ze swoimi szalami, koralami i kolczykami ze szkła, to nic innego jak stereotypowa polonistka-artystka z lat 90., która właśnie wróciła z festiwalu w Jarocinie i próbuje zinterpretować Dziady przez pryzmat fusów od kawy.
Ta konfrontacja pokazuje jedno: czy mówimy o brytyjskiej szkole z internatem w świecie czarodziejów, czy o polskiej szkole tysiąclolatce za głębokiej komuny – kulturowy bat na kobiecy wygląd działał niemal tak samo. Strój nauczycielki zawsze musiał być deklaracją ideologiczną. Różnica polegała tylko na tym, że w Hogwarcie kara za „złą aparycję” mogła kończyć się zamianą w ropuchę, a u nas – utratą reputacji, wezwaniem do dyrekcji i wpisem do akt za „niewłaściwy moralnie i estetycznie stosunek do służby narodowi”.
Spoglądanie na te wszystkie historyczne absurdy jest zabawne, ale gdyby ten dawny wizerunek nie miał w sobie jakiejś ukrytej supermocy, to by nie przetrwał tylu stuleci. Ten klasyczny, surowy „look” – mimo całej swojej opresyjności – miał jedną niepodważalną zaletę: był bezdyskusyjną zbroją i natychmiastowym separatorem władzy - Zbroja Gotowa do Boju: wchodzę do klasy w garsonce o kroju czołgu T-34, z kokiem zaciągniętym tak ciasno, że brwi unoszą się w stałym wyrazie rozczarowania ludzkością, i… nie musisz wypowiadać ani jednego słowa. Dyscyplina robi się sama. Przymusowa ascetyczność uwalniała odwieczny problem „w co ja się dzisiaj ubiorę?” Dwie szare spódnice, trzy bluzki w kolorze mgły nad miastem, jeden fartuch stylonowy na wypadek ataku kredy i sprawa załatwiona na całą karierę.
Ponieważ społeczny dyktat zakładał, że nauczycielka po godzinie 15.oo zamienia się w posąg i czeka w ciemni na kolejny świt, nikt nie oceniał jej życia osobistego – bo zakładał, że go po prostu nie ma. Dzisiejsze rozluźnienie, czyli… jakie czyha tu ryzyko? Współczesna wolność jest wspaniała: trampki, ramoneska, tatuaże, różowe włosy i pełne prawo do posiadania prywatnego życia, psa oraz konta na TikToku. Ale – jak to w życiu bywa – gdy zdejmuje się ciężką zbroję, nagle staje się człowiek nieco bardziej… odsłonięty. Gdzie tkwi niebezpieczeństwo dzisiejszej swobody? Gdy granica wizualna między nauczycielką a uczniami z najstarszych klas zaczyna się zacierać (bo i pani, i uczennice noszą te same oversize’owe bluzy i kultowe trampki), autorytet przestaje działać „z automatu”. Nie dostajesz go w pakiecie ze strojem. Dziś trzeba go sobie wywalczyć osobowością, a to wymaga potężnej energii. Zbroja robiła to za darmo! Kiedy wyglądasz i zachowujesz się jak starsza fajna siostra, uczniowie mają naturalną tendencję do wchodzenia w relację przyjacielską. A od przyjaciela nie przyjmuje się jedynki z wykrzyknikiem i nie słucha się z pokorą jego celnych uwag.
O ile młodzież zazwyczaj zachwyca się nauczycielką z dystansem i stylem, o tyle współcześni rodzice potrafią nosić w sobie przodków z XIX wieku. Widok nauczycielki wrzucającej na Instagram zdjęcie z wakacji w stroju kąpielowym czy z kieliszkiem wina wciąż potrafi wywołać u niektórych mam cichy udar moralny pod hasłem: „A co na to reputacja szkoły?!” Krótko mówiąc: dawna nauczycielka nosiła pancerz, który chronił ją przed światem, ale ją dusił. Współczesna nauczycielka zrzuciła pancerz i oddycha pełną piersią, ale...




