Nasza czytelniczka nie została przyjęta na planowy, uzgodniony wcześniej zabieg na oddziale ginekologicznym Beskidzkiego Centrum Onkologii – Szpitala Miejskiego im. Jana Pawła II. Obsługa zasugerowała jej znalezienie innej placówki do wykonania zabiegu. Czy oznacza to, że szpital próbuje „pozbyć się” prostych zabiegów na rzecz bardziej opłacalnych operacji onkologicznych?
Nasza czytelniczka termin prostego zabiegu ginekologicznego ustaliła ze szpitalem 15 czerwca. Poinformowano ją, że okres oczekiwania wynosi ok. 1,5 miesiąca, termin wyznaczono pod koniec lipca. Ponieważ przypadł on na środek okresu wakacyjnego, nasza czytelniczka dostosowała do niego plany wakacyjne, zmieniając termin rodzinnego wyjazdu.
W wyznaczonym dniu, o godzinie 7.30, stawiła się na oddział czekając wraz z ok. 10 innymi paniami na przyjęcie. Procedury prowadzone były powoli, w pierwszej kolejności na oddział przyjmowane były osoby na poważniejsze operacje. Oczekującym kilkakrotnie rzuciło się w uszy sformułowanie personelu: „Pani na operację od Pana Profesora?”. Gdy po około półtorej godzinie na korytarzu pozostały cztery kobiety, podeszła do nich pielęgniarka i poinformowała, że nie zostaną przyjęte z powodu… braku miejsc na oddziale. Pielęgniarka nie przeprosiła za zaistniałą sytuację, a jedynie oddała skierowania i poinformowała, że panie mogą na zabieg umówić się w innej placówce, gdyż w Szpitalu Miejskim najbliższe możliwe terminy przypadają na… listopad.
Opisana sytuacja rodzi wiele pytań związanych z organizacją pracy oddziału. Jak to jest bowiem możliwe, że szpital nie przyjmuje na planowy, umówiony zabieg aż 4 pacjentek? Oddział ginekologiczny w BCO SM nie jest oddziałem dużym, więc taka ilość świadczy prawdopodobnie o złym planowaniu przyjęć. Nasza czytelniczka zastanawia się także nad tym, czy o braku miejsc nie wiedziano wcześniej i nie można było poinformować o odwołaniu zabiegu telefonicznie dzień wcześniej? – Sporo mówi się o tym, aby – jeśli pacjent nie może stawić się u lekarza – informował o tym szpital czy przychodnię wcześniej. Czy nie powinno to też obowiązywać w drugą stronę? – pyta nasza czytelniczka.
Zastanawiający jest także fakt, że zabieg nie został przesunięty o kilka dni, gdy zwolnią się miejsca na oddziale, a pacjentki poinformowano, że najbliższe wolne terminy są za ponad trzy miesiące, w listopadzie.
Nasza czytelniczka podkreśla także absurdalną odpowiedź na pytanie o zwolnienie lekarskie na dzień, gdy panie stawiły się w szpitalu (jak się okazało niepotrzebnie). Pielęgniarka poinformowała, że panie mogą… wziąć sobie urlop lub pójść po zwolnienie do lekarza rodzinnego.
Zaistniała sytuacja przywołuje także kwestie związane z systemowym działaniem Beskidzkiego Centrum Onkologii – Szpitala Miejskiego w Bielsku-Białej. Od jakiegoś już czasu trwa bowiem dyskusja na temat kierunku rozwoju tej placówki. Rozszerzanie usług onkologicznych budzi pytania czy nie odbywa się to kosztem podstawowych zabiegów, które są niezbędne dla mieszkańców miasta i regionu. W bielskich szpitalach coraz częściej mówi się o rozwoju medycyny specjalistycznej kosztem prostych, acz bardzo potrzebnych dla mieszkańców, zabiegów. Opisana sytuacja wydaje się być tego przykładem, tym bardziej, że z informacji uzyskanych przez naszą redakcję wynika, że osoby przyjęte na oddział poddane miały być właśnie operacjom związanym z problemami onkologicznymi.
O wyjaśnienie opisanej sytuacji redakcja LuBBie.pl zwróciła się do dyrekcji szpitala. O uzyskanych wyjaśnieniach poinformujemy po ich uzyskaniu.




