Kardynał Ryś, od niedawna metropolita krakowski, daje nadzieję, że polski Kościół może być inny: mądry, otwarty, zakorzeniony w głębokiej wierze, a nie w sloganach i hasłach na billboardy.
W niedawnej rozmowie telewizyjnej kardynał dostał pytanie: czy ma czasem wątpliwości, że Bóg istnieje. Nie zareagował odruchowo – zawiesił głos i odpowiedział: „Chyba aż tak to nie”, a potem przesunął ciężar rozmowy w zupełnie inną stronę, mówiąc, że dla chrześcijanina pytanie o samo istnienie Boga wcale nie jest najważniejsze. Wywołało to burzę – od rzeczowych analiz po ostre, pełne emocji ataki ze strony środowisk, które od lat krytykują krakowskiego kardynała. Co takiego właściwie powiedział kardynał, że wywołało to takie ogromne emocje?
Nie „czy jest?”, tylko „kim jest i co mówi?”
Biskup Ryś wyraźnie w tym, co mówi, odróżnia wiedzę o tym, że Bóg jest, od wiary jako zaufania i relacji. Podkreśla, że kluczowa dla chrześcijanina nie jest odpowiedź na pytanie: „czy Bóg istnieje”, lecz to, czy Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie i czy ma do człowieka Słowo, któremu można powierzyć życie. To nie była jego nowa myśl, pisał o tym w swoich książkach i mówił o tym wcześniej w homiliach: „Trzeba nam przeżyć nie to, że Bóg istnieje, ale to, że wszedł w moje życie” – zachęcając, by pytać nie tylko „czy?”, ale „kim jest Bóg w moim życiu?”. Samo przekonanie o istnieniu Boga nie czyni jeszcze człowieka wierzącym – w chrześcijaństwie chodzi o coś więcej, to nie jest proste czysto intelektualne „tak/nie” w kwestii istnienia „siły wyższej”.
Pozakościelny PR: zgoda na ryzyko niezrozumienia
Styl kard. Rysia od dawna odbiega od komunikacji, którą znamy i kojarzymy z „kościelnym PR‑em”. Zamiast gotowych, mocnych deklaracji, które idealnie nadają się na paski informacyjne, wybiera drogę tłumaczenia rzeczy trudniejszych i mniej oczywistych – nawet jeśli wie, że część opinii publicznej chętnie wytnie tylko jedno zdanie z kontekstu. W tej konkretnej rozmowie mógł powiedzieć: „Nie, nigdy nie mam wątpliwości” i zyskać kilka nagłówków o „niezachwianej wierze” metropolity krakowskiego. Tymczasem on woli pokazać, że żywa wiara nie boi się pytań, ale też nie zatrzymuje się na poziomie abstrakcyjnego sporu o istnienie Boga. To nie pierwszy raz, kiedy kardynał wybiera drogę mniej wygodną komunikacyjnie. Wcześniej stawał po stronie migrantów, pisał odważne listy o antysemityzmie, wchodził w trudne tematy związane z pamięcią historyczną – i za każdym razem spotykał się z ostrą reakcją części publicystów i duchownych.
Fundamentalizm to twarz Kościoła, której bliżej do średniowiecza i wypraw krzyżowych niż posoborowego aggiornamento
Najostrzejsze komentarze po wypowiedzi kard. Rysia spłynęły ze strony środowisk, które od dawna budują swoją tożsamość na twardych, jednoznacznych deklaracjach. W takiej optyce każde zdanie, które nie mieści się w schemacie: „Bóg istnieje”, bywa traktowane jak zdrada wiary.
Fundamentalistyczna mentalność nie znosi dobrze niuansów i niepewności – nie akceptuje poszukiwania wiary i dojrzewania w niej, w którym człowiek stawia pytania, szuka, czasem się cofa, by pójść dalej. W takiej duchowości liczy się szybka, jednoznaczna deklaracja, najchętniej sformułowana tak, by dało się nią od razu odróżnić „naszych” od „obcych”. Problem w tym, że Ewangelia i cała działalność Jezusa z Nazaretu jest daleko od takiego chrześcijaństwa. Bóg, którego spotykamy w Piśmie, często wychodzi poza ramy schematycznego pojmowania wiary, a wręcz przeciwnie. Krytyka Rysia więcej więc mówi o lękach i potrzebach jego oponentów, niż o samej treści jego wypowiedzi.
Wiara jako styl życia, a nie slogan na billboardach
W swoich kazaniach i rozmowach kard. Ryś od lat powtarza, że kluczowe pytanie brzmi: „Kim jest Bóg w twoim życiu?”, a nie: „Czy jesteś w stanie udowodnić Jego istnienie?”. Podkreśla, że wiara przeżywana po chrześcijańsku to nie tylko przyjęcie, że „Bóg jest”, ale doświadczenie, że wszedł w naszą historię, życie i nadał mu sens i kierunek. Kard. Ryś, zamiast serwować pocieszające slogany, stawia właśnie takie pytania. I może dlatego budzi tyle emocji: bo dotyka miejsc, w których nasza wiara wymaga nie deklaracji, lecz nawrócenia, nie „Deus vult” krzyżowców, a franciszkańskiego „pokój i dobro”.




