Zaczęło się rano przed południem. Pierwszy przypływ nostalgii podtopił mnie na skwerku przy ul. Grunwaldzkiej. Siedziałem na ławce czekając na żonę. Cieszyłem się porannym słońcem i pięknie zapowiadającym się dniem, gdy zorientowałem się, że ten fragment miasta wyraziście zapisał się w moich młodzieńczych wspomnieniach. Za drzew wychylał się blok, w którym mieszkała moja pierwsza nastoletnia sympatia. Zaraz obok mieszkały jej koleżanki, a ich adoratorami byli znajomymi, z którymi spędziłem niejedne wakacje w Puszczy Noteckiej nad pięknym, dziewiczym jeziorem.
Powędrowałem do przeszłości i znów miałem siedemnaście lat. Zwykła ławeczka stała się portalem teleportacji do krainy „młodości co z czasu kpi” i gdy jest jeszcze „parą skrzydeł zwiniętych w nas”. Z jednej strony było, to miłe uczucie, ale zawierało w sobie jakiś niepokojący ładunek. Namierzyłem źródło napięcia, to był czas. Zdałem sobie sprawę, że ponad 40 lat minęło jak pstryknięcie palcem. Potwornie szybko. Poraziło mnie z jaką prędkością porusza się czas.
Drugi atak nastąpił wieczorem. Rzuciłem okiem na festiwal w Opolu, na scenie przy mikrofonie stał wokalista Lady Pank. W jego sylwetce również dostrzegłem nieubłagane dzieło czasu. Szybko policzyłem, w którym to roku byłem po raz pierwszy na ich koncercie i stanęło na 1983. Boże to prawie pół wieku! Niespełna pół wieku temu jako nastolatek wybrałem się do Wrocławia na imprezie „Rock na Wyspie”. Poziom nostalgii znacznie się podniósł. Przekroczył stany alarmowe. Melancholia zaczęła wciekać do mojego wnętrza. Robiła ze mną, co chciała. Nie przypuszczałem, że posiada taką władzę.
Następną strzałą wydobytą z kołczanu przeszłości zostałem przeszyty podczas oglądania serialu „07 zgłoś się” przypomnianego teraz przez TVP 1. Znowu pojawiło się to urokliwe, a zarazem nie całkiem komfortowe uczucie. W jeden z odcinków akcja rozgrywa się w Cyrku Intersalto. Więc przeniosło mnie 40 lat wstecz, dokładnie do wnętrza namiotu Cyrku Intersalto w Warszawie. W połowie września w latach 80-tych odbywał się tam Grand Festiwal Róbrege. Dwunastomasztowy namiot przygarniał wtedy ponad kilka tysięcy młodych ludzi. Przez trzy dni w cyrkowym namiocie rozbrzmiewała muzyka alternatywna z pogranicza punka, reggae, nowej fali i jazzu. Impreza była uznawana za jeden z największych festiwali muzyki undergroundowej obok Jarocina.
Jako młody człowiek byłem Grand Festiwalem oczarowany. Po minięciu bramy cyrku wkraczało się inny świat. Wprowadzała do niego scenografia zaaranżowana w barwnym stylu Joan Miró. Namiot tworzył wyjętą z siermiężnej rzeczywistości enklawę wolności i niezależnej kultury. Podczas koncertów na scenie odbywały się performance’y, powstawały abstrakcyjne obrazy, na rozstawionych ekranach wyświetlano krótkie formy filmowe. Chłonęliśmy darowany nam czas. Nie zapominając oczywiście o zabawie. Dopowiadając słowami poety: „Czuliśmy, jak wyzwalamy się od zbędnego nadmiaru energii, w którą wyposażyła nas młodość”.
Festiwalowi towarzyszył kompletny brak cenzury. Punkowy skład wykrzykiwał teks o pomniku przyjaźni polsko-radzieckiej oznajmiając, że „gołębie przyjaźń w dupie miały i cały pomnik obesrały”. Przypomnę, że wtedy (1985 r.) stacjonowało w Polsce kilkaset tysięcy żołnierzy radzieckich. Reggaeowy Immanuel wyśpiewywał w refrenie, że „nie potrzebne CIA, niepotrzebne PZPR”. Kilka miesięcy później wokaliści tej grupy zostali skazani na 3 miesiące aresztu. Ministrem do spraw młodzieży był wtedy Aleksander Kwaśniewski.
Gdy już udało mi się powrócić do równowagi i wszystkie wspomnienia zdołałem posegregować na odpowiednich półeczkach, nastąpiły jeszcze powikłania. Wybrałem się na koncert Kazika pod bielskim ratuszem. Staszewski przypomniał kilka starych utworów Kultu, które oprócz tego, że były hymnami pokolenia, to dla mnie zawierały mocne zabarwienie osobiste. Pojawił się obniżony nastrój. Lecz tym razem melancholia zaczęła się cofać się pod naporem innego przemożnego uczucia, mianowicie głębokiej wdzięczności za nietuzinkową młodość - „ten szczęsny czas”.




