Dzisiaj lany poniedziałek! Nigdy za bardzo nie lubiłam tego dnia, bo w szkole podstawowej, kiedy to po raz ostatni ktoś tłumaczył ideę tego zwyczaju, bardzo się bałam sytuacji, że nie zostanę oblana wodą, choćby skropiona i że to mnie zablokuje na resztę dziewczęcego, a potem młodo kobiecego życia, że nikomu się nie podobam i jeszcze, że inne dziewczyny są oblane. Chciałam być oblana, zlana do suchej nitki, nie skropiona. Bałam się bardzo, ale prawdopodobieństwo sukcesu było wtedy dość duże, dlatego, że w moim parafialnym kościele utrwalił się taki zwyczaj, że po mszy południowej pod kościołem czekali zawsze lokalni absztyfikanci i lali wodą jak szaleni, gdzie popadło. Przejść potem swoją ulicą w mokrych ciuchach, w mokrych włosach – bezcenne uczucie. Dla piętnastolatki – bezcenne uczucie. Dla osiemnastolatki – jeszcze też. Zawsze też była nadzieja, że strażacy z przyległej niemal do kościoła remizy, dokończą ewentualnie niedokończonego dzieła. Warunek był jeden – trzeba było pójść do kościoła. Drugi dzień świąt, wiadomo, jest po to, żeby połączyć zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa z najbardziej ludycznym, pierwotnym, pogańskim zwyczajem wiosennego oczyszczenia, odnowy i kultu życia. To przecież oczywiste – zmartwychwstanie to życie od nowa, na nowo, lepiej. I to jest sens nad sensami. Ale też jakby tak zsumować te interpretacje, to jasnym jest jak słońce, że wychodzi nam cel matrymonialny!
Zastanawiam się, dlaczego nagle z mistyki Wielkiejnocy czy Wielkanocy – wolno pisać tak i tak - wychodzi zabawa z wiaderkiem pełnym wody? Może dlatego, że niezbyt lubimy tak bardzo być mistyczni i tak bardzo świętować „po bożemu” – tutaj „bożemu” jednak piszmy z małej litery, a kusi, żeby wielką, prawda?
Tegoroczna Rezurekcja… rezurekcja? Rezurekcja? rezurekcja? – małą, małą, choć wiadomo, że bardziej „po bożemu” byłoby wielką – no więc tegoroczna rezurekcja całkowicie mnie porwała w niebo. Zawsze w takich momentach powtarzam sobie słowa Isaaca Bashevisa Singera ze „Sztukmistrza z Lublina” (że żydowski pisarz, to niezbyt pasuje do Zmartwychwstania Pańskiego? Pasuje!): "Pewnego razu do Międzybuża przybyli kuglarze, którzy na ulicach pokazują sztuki. Przeciągnęli linę nad rzeką, a jeden z nich chodził po linie nad nurtem. Aby widzieć te cuda, zbiegła się gawiedź z całego miasteczka. I przyszedł także święty Bal-Szem i stanąwszy pośród ludu przypatrywał się linoskoczkowi. A uczniowie Bal-Szema wielce dziwili się, że chce na te sztuczki spoglądać. Wtedy święty mąż rzekł: - Przyszedłem zobaczyć, jak to człowiek przechodzi nad głęboką przepaścią. A teraz myślę: - Gdyby człowiek tyle pracował nad swą duszą, ile ów nad zręcznością ciała, to ponad jakże głębokimi otchłaniami mogłaby wędrować dusza po cieniutkiej nitce życia!"
Rezurekcja mnie porwała w niebo. Lubię duchowość, lubię też teatralność w kościele, lubię ludzi, którzy pięknie czytają i jeszcze piękniej śpiewają, nie cierpię bylejakości, byle szybkości, a przecież się zdarza. Urzekł mnie najpierw orszak jakiś nieprawdopodobny ministrantów – zwykle widzi się dwóch, trzech, a kiedy widzi się czterdziestu kilku, to człowiek się zachwyca. Potem kilkoro z nich oczarowało mnie śpiewem. Zamknęłam sobie oczy i poszło. Pomyślałam też - odkąd zarządzam pewną salą widowiskową, to takie myśli mnie dopadają w najbardziej egzaltowanym momencie - że akustycznie doskonale, że porządnie ustawiony dźwięk. O, Matko! Co ja mam w głowie! Szybko jednak wróciłam do mojego wewnętrznego sanktuarium, gdy podczas Przeistoczenia – tutaj absolutnie wielką literą (przepraszam za te językoznawcze wstawki, ale mam taką wewnętrzno-zewnętrzną potrzebę na okoliczność tych Świąt) – orkiestra naszej lokalnej straży pożarnej zagrała fanfary… Jezusie Nazareński, toż to był muzyczny triumf życia nad śmiercią (równiuteńko, trzymali tempo, nie mogę się uwolnić od tych uwag, nawet wówczas, kiedy mam zamknięte oczy i jestem piętnaście centymetrów nad podłogą). Zamykam podczas Przeistoczenia oczy, bo inaczej zanim wzrok pobiegnie do Najświętszego Sakramentu (wielką, wielką!), natrafi na to i owo. Zamykam oczy i czuję, zamiast widzieć.
Do komunii przystąpiły podczas rezurekcji jakieś absolutne miliony ludzi, nie chciałam się na tym skupiać, ale miliony, więc przez chwilę się skupiłam. Poczułam się z tym jakoś dobrze, że wcale nie ma żadnego impasu, że wcale pobożność nie stygnie, że, kurczę, jestem częścią jakiegoś nadzwyczajnego przeżycia. To znaczy wcale nie nadzwyczajnego, bo dla mnie ono takie nie jest, ale te miliony?! Pomyślałam, że może ludzie boją się wojny i dlatego tak wypełnili sobą niemały jednak kościół, w sumie wielki. Bez sensu ta myśl, ale co, poradzić, gdy przychodzi.
Księża rozdawali komunie przez wiele godzin, tak przynajmniej mi się wydawało, bo ilość pieśni, jakie w tym czasie wybrzmiały, zrobiła na mnie znowu ogromne wrażenie. Śpiewamy i śpiewamy. Lubię sobie pośpiewać w kościele, ale tego nie da się robić z zamkniętymi oczyma, więc gapiłam się w ekran, żeby nie patrzeć na ludzi. Tylu dawno niewidzianych znajomych! Spoglądam tylko w stronę mojego taty, staruszka, czy spokojnie dotrze do księdza i wróci z powrotem, nie potykając się o to czy o tamto. Obok mnie starszy pan, senior, nie znam go, ale zwracam uwagę na dwie rzeczy, że po pierwsze spogląda na mój dość okazały, bardzo okazały pierścionek, pierścień wypadałoby powiedzieć, Arabeli i od razu czuję się troszkę speszona, bo w sumie po co brać do kościoła taką biżuterią, a po drugie – pięknie śpiewa! Śpiewamy sobie jakby razem, zestrajam się z nim w tonacji, ale tylko do czasu, kiedy organista – z uwagi na te miliony osób i to wielogodzinne rozdawanie komunii – odpala kolejne i kolejne zwrotki pieśni wielkanocnych, o istnieniu których, tych zwrotek, dawno zapomniałam. I jest znowu po mnie, analizuję słowa. „Chrystus zmartwychwstan jest” … pieśń tak stara, że aż wypada ją pięknie zaśpiewać… Pierwsza zwrotka pojawiła się w „Graduale płockim” w 1365 roku (Bogurodzica powinna w rankingu starości spaść co najmniej na drugą pozycję)!!!
Chcę być skupiona, rozprasza mnie Kleofas. Kurczę, jakie fajne i niespotykane zupełnie imię! Szedł sobie do Emaus Łukasz z Kleofasem, Łukasz się przyjął, Kleofas nie. A nie! Od razu przypomina mi się Kleofas stworzony przez duet pisarzy Rene Gościnnego oraz Jeana-Jacques Sempé! Rezurekcja, a ja mam w głowie Mikołajka i jego paczkę. I jeszcze sobie pomyślałam, że mogłam wybrać to imię dla jednego z moich synów… dwadzieścia lat temu! I gdyby nie te miliony ludzi, wróciłabym do swojego sanktuarium, ale pomyślałam, że kiedy chciałam starszemu naszemu synowi dać na imię Maurycy, to mój mąż wytoczył przeciwko mnie najcięższe działa, to gdybym dała mu na imię Kleofas, rozjechałby mnie czołgiem (a do dzisiaj uważa, że uratował naszego syna przed ciężką z tego powodu depresją, bez sensu).
Idę w procesji, idę sobie sama, z nikim nie gadam. Biją dzwony, nic mnie nie rozprasza. Nie rozglądam się, ale przechodzimy przez cmentarz. Odruchowo, mimochodem naprawdę zerknęłam na mijany grób, przeczytałam nazwisko, uwierzyć nie mogłam, że on nie żyje. Kiedy umarł? Przeoczyłam? Jak to możliwe. Myślę sobie, że często wydaje mi się, że ktoś jeszcze żyje, a jego już nie ma i odwrotnie. Mam tak z pisarzami, na przykład. Ta wiedza nie jest najważniejszą wiedzą na świecie, ale akurat teraz musi mi się przypominać pewien wielki człowiek i nie mam pewności czy żyje czy nie. Akurat teraz! Ale dzwony biją nieprzerwanie i zagłuszają mi myśli i dobrze. Pójdę więc po błogosławieństwo, ale nie zdążyłam. Te miliony ludzi utworzyły tak długą procesję, że zanim jej ogon wszedł w przedostatni zakręt, a byłam w ogonie, ksiądz już pobłogosławił. To nic. Wracam do domu niepobłogosławiona, ale pełna uniesień. Był nawet taki moment, że chyba spłynęła mi po policzku łza, podczas odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych.
Wracam do domu, jak zawsze dłuższą niż logika podpowiada, drogą, mijam znajomych, sąsiadów, wszyscy życzymy sobie „Wesołego alleluja!” – tak, z małej litery, gdy to okrzyk po prostu świątecznej radości, a wielką, gdy rozumiemy znaczenie słowa – „wychwalajcie Jahwe”. No tak sobie teraz myślę, że skoro „Wesołego Alleluja/alleluja”, to lany poniedziałek jest jak najbardziej na miejscu! Weźmy to na wesoło!




