Mam problem. Zasiadam do napisania felietonu – formy z definicji stworzonej po to, by komentować, drwić, puentować i wstawiać rzeczywistość w nawias – i nagle uświadamiam sobie jedno: nie mam nic do powiedzenia. A dokładniej: język mi się skończył. I nie jest to żaden mój spektakularny, odkrywczy manewr intelektualny, po prostu czuję, że ten tradycyjny aparat pojęciowy, który dotąd służył ludziom do komunikacji, ostatecznie się wyczerpał. W dzisiejszym kształcie przestał pełnić swoją podstawową funkcję. Słowa stały się szumem, a rzeczywistość wokół – ciągiem zdarzeń tak abstrakcyjnych, że wszelki komentarz brzmi przy nich po prostu blado.
Wziąć chociażby najnowszą, netflixową wersję „Lalki”. W ogóle nie chciało mi się jej komentować, bo przecież to nawet nie jest Lalka, to film – szósty odcinek rzucił światło na całość jednak ostre – Quentina Tarantino z wykorzystaniem postaci z powieści Prusa. Tyle. Ale im dłużej o tym myślę, tym wyraźniej widzę, że ten serial stał się kwintesencją wszystkiego, o czym tu mówię. To żenująca i groteskowa wizja relacji międzyludzkich – takich tu i teraz. Tam, gdzie w literaturze te więzi były złożone, szlachetne, momentami powściągliwe, ale przez to fascynujące – serialowa wersja brutalnie wpisała się w nasz dzisiejszy krajobraz spopielonej ziemi. Zrobiła dokładnie to, co robimy ze światem wokół: wzięła coś pięknego i to ohydnie zdeformowała. Przecież żyjemy w czasach, w których szlachetną tkankę komunikacji trzeba natychmiast zniszczyć, spłaszczyć, zredukować do bylejakości, rzucić w błoto i oblepić kurwami, chujami i pizdami. Bo my już naprawdę inaczej nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Nie potrafimy inaczej przykuć uwagi, nie potrafimy inaczej sobie zaimponować. Subtelność nas uwiera, jak kamyk w bucie, a niuanse stały się ciałami obcymi.
Nie chce mi się też komentować nagonki na media społecznościowe, które obwinia się o to, jakoby były inspirującą siłą do - sprzed kilku dni - krwawych zamachów w Polsce. Szukanie w nich źródła zła to wybitna łatwizna. Właśnie zerknęłam – wpada mi w oko reklama podręcznika „Jak przejrzeć każdego na wylot” - Biblia mowy ciała. Boże mój… Kolejny produkt oferujący tanie sztuczki zamiast prawdy. I to jest właśnie powód, dla którego nie mam siły tego komentować – nie wiem po prostu, jak odnieść się do tych oparów absurdu, w których wszyscy toniemy. Ale do portu. To w ogóle nie jest temat na lekki felieton, bo problem nie leży w dzisiejszej młodzieży. Problem leży w rodziców, bo zrezygnowaliśmy z wychowywania młodych ludzi. Nie wiemy do czego ich wychowywać, nie wiemy co jest wartością, nie mamy wartości, a propos – nie płyniemy do żadnego portu, po prostu dryfujemy.
I powiem coś bardzo trudnego: na wszystko jest już prawdopodobnie za późno. Żeby cokolwiek zmienić, trzeba by cofnąć czas i od nowa wychować nie dzieci, ale ich rodziców. To, co oglądamy dzisiaj, to nie są wybryki żadnego algorytmu – to są po prostu dojrzałe, gorzkie owoce, które wyrosły na modyfikowanych genetycznie drzewach. Na drzewach zasadzonych w chłodzie emocjonalnego niedokreślenia, braku rozmowy, niczym nieokiełznanej wolności i absolutnej samotności. Nie komentuję dalej. Brak słów. Przepraszam.
A decyzja Donalda Trumpa o zakupie oleju napędowego od Putina, żeby ratować rynek? Jak to zinterpretować? Czym to puentować? Język i tu ponosi całkowitą klęskę. Obserwujemy odwieczny, bezsensowny, a może właściwie bardzo sensowny, tylko lekceważony, a właściwie wcale nie lekceważony, taniec na linii wojna-biznes, biznes-wojna, wojna-biznes - na co wypadnie, na to bęc. Najpierw nakładamy sankcje, machamy sztandarami moralności i odmieniamy słowo „wartości” przez wszystkie przypadki. Potem wybucha nowa wojna na Bliskim Wschodzie, ceny na stacjach paliw skaczą pod sufit, a amerykańskiemu wyborcy zaczyna brakować w portfelu. I nagle – bęc! – zasady znikają, a zza kulis wyłania się ten sam stary, cyniczny handel: kupujemy rosyjski olej, no bo przecież „biznes to biznes”, a giełda nie ma sumienia. Geopolityka zmienia się w zwykły licznik na dystrybutorze. Kurczę, tego się po prostu nie da skomentować. Zostaje tylko pusta konstatacja: na cokolwiek wypadnie – na to bęc.
Co więc robić, gdy świat pędzi w stronę groteski, a język traci sens? Siedzę sobie w domu. Mam złamaną nogę, więc siłą rzeczy zostałam wyrzucona poza margines i weszłam w rolę cichego obserwatora. Kiedy ma się aż tyle czasu na patrzenie i kiedy daje się sobie pełne prawo do niekomentowania, świat wyłaniający się z nagłówków wydaje się po prostu coraz bardziej niegodziwy. Ale mam też czas na kulturę. Wczoraj dokuśtykałam do teatru na Festiwal Bez Granic.. Obejrzałam spektakl „Bieżeńcy” na podstawie scenariusza Romana Pawłowskiego i książki Anety Prymaki-Oniszk, w reżyserii Andreia Novika. Doskonały, przejmujący, czysty. To nie jest spektakl do komentowania, recenzowania czy rozkładania na części pierwsze – to spektakl do przeżywania, do ciszy. Podczas spotkania z widzami jedna z aktorek, Białorusinka, pytana o pieśń, którą absolutnie mnie poruszyła, powiedziała przeuroczo, że pochodzi ona ze... zbiornika pieśni białoruskich. Przekręciła słowo? A może stworzyła przepiękny neologizm? Zbiornik pieśni. Coś głębokiego, czystego, retencyjnego, co gasi pragnienie w czasach suszy. I to słowo, ten jeden zbiornik, zabieram ze sobą z tego wieczoru na zawsze.
Obejrzałam sobie też film „Mniej obcy” w reżyserii Kristoffera Rusa na Netflixie – piękna, bardzo intymna opowieść o Janie Borysewiczu, o zespole Lady Pank, której też nie mam zamiaru recenzować. Po co wpychać tam na siłę krytyczny komentarz? Wystarczy po prostu posłuchać, popatrzeć i pobyć z tą historią. Brak słów, przepraszam, jestem oczarowana.
Felieton z założenia powinien być komentarzem. Wypadałoby podsumować to wszystko jakoś dowcipnie, błyskotliwie, zatrzasnąć drzwi z głośnym przytupem. Tylko że, kurczę... naprawdę mi się nie chce. Chcę zamilknąć. W świecie, który staje się coraz bardziej niegodziwy, najlepszym, co mogę zrobić z pozycji swojej gipsowej izolacji, jest skorzystanie z prawa do milczenia. Zostawiam zgiełk za drzwiami, wybieram swój zbiornik pieśni i pozwalam sprawom ważnym być ważnymi, a głupim – przeminąć bez mojego udziału.




