Kilka dni temu pewien dżentelmen polecił mi, właściwie całemu światu polecił, choć akurat my się na moment na tytułem zatrzymaliśmy, ekranizację „Stu lat samotności” Marquéza w wydaniu serialowym. Nieformalnie, ale jakby na uszach czy oczach całego świata, umówiliśmy się na poniedziałkową recenzję. No więc muszę wyznać publicznie – rozczarowuję… Nie zdążyłam. Nie zdążyłam obejrzeć… Dżentelmen nawet taką opcję założył, że może się nie udać. Ja chciałam sprostać. Nie sprostałam. Macondo przepadło w otchłani nieobejrzanych odcinków, a ja zostałam z maleńkim wobec niego niesmakiem, kubkiem zimnej herbaty i nieskonsumowaną listą propozycji od platformy streamingowej. Zamiast jednak chłonąć sto lat samotności rodu Buendía na ekranie, postanowiłam zafundować sobie własną – powiedzmy – mikroskalę tego stanu. I to była najlepsza decyzja tego tygodnia.
Żyjemy w czasach, w których samotność ma fatalną prasę. Traktujemy ją jak usterkę w systemie, towarzyską porażkę albo cichą tragedię. Faktycznie, bywa samotność dojmująca – ta, która gniecie w dołku, ciąży jak mokry płaszcz i sprawia, że cisza w mieszkaniu staje się wręcz nie do zniesienia. Ludzkie więzi są nam niezbędne do życia, zupełnie jak tlen; bez drugiego człowieka po prostu dziczejemy. Ale między wyniszczającą izolacją a świadomym byciem ze sobą jest ogromna, wspaniała przestrzeń, o której powoli zapominamy.
Samotność – ta wybrana, nieprzymusowa – to wyjątkowo wartościowy luksus. To nie brak innych ludzi, ale wreszcie obecność samego siebie. Kiedy cichnie szum cudzych oczekiwań, powiadomień z telefonu i ciągłego dopasowywania się do brzmienia rozmówcy, świat nagle zmienia tonację. Pojawia się uważność. Okazuje się, że poranna kawa wypita w pełnym milczeniu smakuje konkretniej, światło tańczące na ścianie ma swój powolny rytm, a własne myśli – nieprzekrzykiwane przez nikogo – wreszcie mają miejsce, by rozwinąć skrzydła.
Bo żeby w ogóle myśleć, trzeba mieć na to czas. Prawdziwe rozmyślanie nie zdarza się w biegu, między powiadomieniem z facebooka, a szybkim obiadem. Wymaga nudy, przestrzeni i bezruchu. A co najważniejsze – i powiedzmy to wprost, bez uciekania w modny, nowomowny i nieco mdły „dobrostan” (nie znoszę tego słowa) – trzeba po prostu siebie lubić. Tak staromodnie, bez dziwacznego nazywania, bez dorabiania nowoczesnych frazesów. Człowiek, który dobrze znosi własne towarzystwo, to zazwyczaj ktoś, kto ma o sobie całkiem niezłe mniemanie. I nie ma w tym ani grama pychy. Po prostu jeśli nie znosimy własnych myśli, będziemy zagłuszać je wszystkim: telewizorem, podcastem, przypadkowymi ludźmi czy kolejnym serialem. Żeby chcieć zamknąć za sobą drzwi i nie włączać tła, trzeba uważać siebie za całkiem znośnego partnera do rozmowy. Trzeba lubić ten swój wewnętrzny monolog, te małe dziwactwa i powolne, swobodne skojarzenia.
Nie obejrzałam serialu, posiedziałam sobie na uboczu własnego życia i po prostu sobie byłam. I choć rzeczony dżentelmen pewnie pokręci głową z pobłażaniem, ja zyskałam coś bezcennego. Nie trzeba od razu stawiać wioski w środku dżungli ani skazywać się na literackie sto lat samotności. Wystarczy jedno popołudnie. Samotność wcale nie jest wroga – bywa po prostu dowodem na to, że w swoim własnym ciele i umyśle mieszkamy z kimś, kogo naprawdę da się polubić.
P.S. Dziś rano miałam lekcję z pierwszą klasą. Na ten wrześniowy rozruch przygotowałam dla nich wiersz Tadeusza Różewicza „Odnaleźć samego siebie”. Patrzyłam na te ich młode, jeszcze nieco spłoszone twarze, gdy czytaliśmy o tym, jak łatwo zgubić się w tłumie i jak ważnym zadaniem jest odszukanie własnego „ja”. Pomyślałam wtedy z cichym uśmiechem, że uczę ich dokładnie tego samego, co uświadomiłam sobie przez weekend: zanim wyruszą w świat i wejdą w tysiące relacji z innymi ludźmi, muszą najpierw odważyć się na spotkanie ze sobą. Rozmawialiśmy o dobrej samotności, o dobrej ciszy, o dobrym czasie na rozeznawanie życia i ludzi wokoło…




