Kiedy kilka miesięcy temu wielmożni dobrodzieje z Ameryki upokarzali przedstawiciela napadniętych zbrojnie ludzi, umierających pod ostrzałem bomb, rakiet i dronów, słowem-kluczem była wdzięczność. – Nie jesteś wdzięczny! – Jesteś za mało wdzięczny! – słyszał wtedy, choć zdaje się policzono, że jakieś trzydzieści razy używał wówczas słowa. – Za mało! – Za mało! To już nie było przyjmowanie wdzięczności w formie, na jaką stać obdarowanego, ale domaganie się wdzięczności większej, choć w wygodny sposób niesprecyzowanej. Wymuszenie, albo raczej przygotowanie do wymuszenia.
Od tego czasu zastanawiam się nad naturą wdzięczności, a jeszcze częściej nad tym, co oznacza domaganie się wdzięczności, które odruchowo mnie brzydzi. Może jednak nie mam racji?
Wdzięczność jest pięknym uczuciem, które warto praktykować. Wydaje mi się ważniejsza dla tego, kto ją wyraża, bo buduje w nim radość z tego, co od bezinteresowanego dobrodzieja otrzymał. Buduje poczucie szczęścia, a przynajmniej łagodzi stres w trudnych sytuacjach. Kiedy odczuwam wdzięczność, przypominam sobie, że nie jestem sam z problemami. Że czasem może spotkać mnie jakieś niespodziewane dobro.
Może być wdzięczność w skali makro. Moja babcia-góralka co rano po obudzeniu śpiewała Kiedy ranne wstają zorze, a wieczorem Wszystkie nasze dzienne sprawy. Nie wiedziała, że to utwory „uczone” – wiersze oświeceniowego poety Franciszka Karpińskiego, któremu zawdzięczamy też sentymentalną Laurę i Filona z muzyką Karola Kurpińskiego, autora melodii Warszawianki. Nie wiedziała, że pochodzą jeszcze z wolnej Polski (Pieśni nabożne wydał Karpiński w Supraślu rok po pierwszym rozbiorze). Traktowała je jak modlitwę – wyraz wdzięczności za… nic konkretnego. Istnienie. Wszystko.
Inne, mniej metafizyczne, a bardziej zanurzone w międzyludzkim doświadczeniu wyrazy wdzięczności znajdujemy na początku Rozmyślań Marka Aureliusza. Rzymianin wymienia tam osoby, którym jest wdzięczny i pisze, za co konkretnie. Wymienia rodziców, dziadka i pradziadka, różnych przyjaciół, a na końcu bogów.
W kolejnych rozważaniach pisze też kilka zdań o oczekiwaniu wdzięczności. Warto je przemyśleć:
Jeden, gdy odda komuś jaką przysługę, natychmiast myśli o wdzięczności dla siebie. Inny zaś wprawdzie o tym w tej chwili nie myśli, ale poza tym uważa go w duszy jako dłużnika i ma świadomość swego czynu. Inny znowu jakoś o niczym, co zrobił, nie wie, lecz podobny jest do winnej latorośli, która wydała grono i nic więcej nie żąda, skoro już wydała owoc własny, jak koń, gdy drogę naznaczoną przebył, pies po wytropieniu zwierza lub pszczoła po uzbieraniu miodu. A człowiek, który wyświadczył dobrodziejstwo, nie rozgłasza tego, lecz przechodzi do innej sprawy, jak winna latorośl, by w porze stosownej znowu owoc wydać. Czyż więc należy być jednym z tych, którzy to robią jakby nieświadomie? — A tak! — Ale z tego właśnie trzeba sobie zdawać sprawę. Przecież jest cechą właściwą — tak mówią — stworzenia towarzyskiego odczuwać, że działa dla dobra społecznego i — na Zeusa — chcieć tego, aby to odczuł i współtowarzysz. — Prawda to, co mówisz, ale nie rozumiesz tych słów. Będziesz też jednym z tych, o których wspomniałem przedtem. I oni dają się w błąd wprowadzać logicznemu niby prawdopodobieństwu. Ale gdybyś zechciał zrozumieć to, o czym w tej chwili mowa, nie obawiaj się, byś z tego powodu zaniedbał jakiegoś czynu obywatelskiego.
Najstarsi pamiętają, jak w PRL aktywiści partii komunistycznej co drugie zdanie cytowali Lenina, ewentualnie Marksa, a wcześniej Stalina. Nasi trumpiści chcą podobnie, ale są w trudniejszej sytuacji, bo żeby podlizać się Wielkiemu Patronowi nie mogą robić tego samego. Ich guru pisze co najwyżej krótkie, niespójne komunikaty, którym nazajutrz może zaprzeczyć. W związku z tym kopiują ogólną postawę i najogólniejsze hasła. Ostatnio, żeby na przykład uzasadnić zawetowanie przez prezydenta ustawy o pomocy Ukraińcom lub jego nieobecność z innymi przywódcami europejskimi na dotyczącym Ukrainy spotkaniu w Białym Domu, oni też powołują się na domniemany brak wyrazów wdzięczności ze strony Ukraińców za pomoc. – Nie są wdzięczni! – Są za mało wdzięczni! – Są wdzięczni nie tak, jak powinni!
A przecież domaganie się wyrazów wdzięczności są w Polsce zjawiskiem podejrzanym. Wyrazy wdzięczności to elegancie określenie łapówki. I tego koniaczka dla lekarza, czekoladek dla sekretarki… Domaganie się konkretnych wyrazów wdzięczności to korupcja, czyż nie?
W przeddzień czterdziestej piątej rocznicy Sierpnia myślę sobie, czy załogi zakładów uczestniczących w strajkach solidarnościowych oczekiwały wyrazów wdzięczności od tych zakładów, które wspierały strajkiem? Darmowe bilety na tramwaj, zniżka na zakup masowca w stoczni, trochę surówki z huty? Nie sądzę.
Kiedy pomogę wnieść wózek do autobusu młodej matce o interesującej urodzie, powinien mi wystarczyć jej uśmiech, zwykłe „dziękuję”, czy raczej powinienem spodziewać się oferty umówienia się na randkę?
Praktykowanie wdzięczności jest dobre, wymaganie wdzięczności – złe.