Z pewnością trochę się teraz podłożę piewcom wojenno-apokaliptycznych obrazów szalejącej bez pamięci zimy, co to paraliżuje świat, ale trudno, podkładam się, gotowa jestem dać się rozjechać (rozpędzonym sankom i innym dupolotom).
Uwielbiam telewizyjne relacje, w których reporterzy ubrani w puchate czapki, tuptający w miejscu z mrozu, który aż im dech zapiera, taki jest wielki, ogłaszają światu, że oto są w samym środku śnieżnego, dziesięciocentymetrowego armagedonu i że Bóg jeden wie i meteorolodzy, co będzie jutro, pojutrze, w nocy i że mróz, agresor, nie odpuszcza i że trzeba było ewakuować pasażerów pociągu, bo ten był ugrzązł w zasypanych śniegiem śniegowych torach, w krainie lodu i sopli wielkich jak Himalaje! I jeszcze, że ludzie niemal nie umarli tak siedząc w tych samochodach, które bez chwili zawahania pokonała jednodniowa zima i że to były ultra nowoczesne samochody, co wszystko mają i wszystko umieją i że nikt im nie przywiózł gorącej herbaty i chociaż jakichś kanapek. Bo przecież to pierwsza zima w dziejach świata! Skąd ludzie mieli wiedzieć jak wygląda padający śnieg i skąd mieli wiedzieć, że jak śnieg tak pada, to potem poleży chwilę na drogach i skąd mieli wiedzieć, że jak pada śnieg i w dodatku są jakieś absurdalnie mordercze minus trzy stopnie, to śnieg zamarza i jest ślisko i jeszcze jak jest noc, to jest zimniej niż w dzień i jeszcze, że poza opadami śniegu jest coś tak strasznego, jak wiatr. Nie mogę tego słuchać! Reporterka mówi „metrowe zaspy”, a pokazuje zgarnięte z drogi i usypane na poboczu pokłady śniegu.
Uwielbiam, kiedy pytani o odczucia mieszkańcy miast tu i tam, gdziekolwiek w Polsce, z uśmiechem od ucha do ucha rozczulają się nad łopatami, które wreszcie do czegoś się przydają i nad dzieciństwem, które wszystkim się od razu przypomniało. „O Jezu, wspaniale, wspaniale, od dwóch dni nie schodzimy z miejskich górek!”, „Jest cudownie, tyle lat czekałam na piękną, śnieżną zimę”, „Dziecięca radość, mimo lat!”, „Wszyscy powinni się z tej aury cieszyć!”, „Przez miesiąc przydałaby się taka zima, jest cudnie!” – spisuję na bieżąco dobiegające do mnie komentarze z telewizji. A ile przy tym wszystkim radości! A reporter jakby nie rozumiał…
Kurczę, wystarczy myśleć, wystarczy uważać, wystarczy planować i zima przestaje być niebezpieczna. Jakiś idiotyczny profetyzm zagłady psuje ten piękny, baśniowy czas. Terminologia apokaliptyczna i groźna muzyka w tle każą nam myśleć, że zima jest dziełem niemal szatana! Nie! Nie! Nie! Jest najbardziej naturalnym zjawiskiem pod słońcem i w tej części świata. To, co dzisiaj, żądni głupiej sensacji, reporterzy nazywają nagłym uderzeniem żywiołu, przez lata wypełniało przecież najpiękniejsze zimowe bajki dla dzieci, zimowe piosenki, które na pewno wszystkim się teraz przypominają. Ja wiem, że Maria Konopnicka to niezbyt trendy nazwisko, ale kto nie tupał zmarzniętymi stopami, a tam stopami, stópkami, w rytm piosenki do jej słów:
„Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!”
Może i Konopnicka napisała, że zima jest zła, ale też napisała, że nasza! Nasza, fajna, prawdziwa! Nie można jej sobie zohydzać, bo to jest głupie, jak zohydzanie sobie deszczu czy porannej rosy. Myślę, że mamy dzisiaj kłopot z akceptacją natury, która sama sobie jest i sterem i żeglarzem i ona po prostu nie wchodzi z nami w żadne polemiki. Chyba troszeczkę zapomnieliśmy, że nie ona nam, tylko my jej.
Święta to czas nieposkromionych niczym zakupów, miasta zawalonego samochodami, wkurzonych ludzi, którzy biegną od sklepu do sklepu, a jeszcze tylko godzinkę otwarte. I ten paskudny śnieg! Gdyby sobie zaczął padać później, ale teraz? Teraz, gdy my zaplanowaliśmy rodzinne zakupy? Zima powinna nas słuchać, a nie robić sobie, co chce!
S.Witkiewicz)
Jest taki piękny obraz „Noc zimowa w Zakopanem” Stanisława Witkiewicza, można go zobaczyć w krakowskim Muzeum Narodowym. Zachwycająco piękna zima, wszyscy patrzą i wzdychają, bo taka jest ta zima piękna. A te wszystkie świąteczne filmy, zwłaszcza polskie, ten sztuczny śnieg, bo tak wszyscy marzą o śniegu, że niech już nawet będzie sztuczny, byle było biało i tak cudownie jasno od tej bieli i niech odmarzają nosy, bo wtedy można nosić fajne zimowe ciuchy, puchate wszystko. Kurczę, musimy się zdecydować, albo uwielbiamy porządek w naturze i z pokorą najpierw, a potem z wielką radością witamy śnieżyce, albo można też odwrotnie, najpierw radość, potem pokora, albo, myślę sobie, że z nami coś jest nie tak. Ja, pewnie jak wielu z Czytelników, mam dysonans poznawczy – za oknem oszalałe z radości maluszki na sankach z równie oszalałymi z radości rodzicami, korki do Szczyrku, podobno już od ronda w Buczkowicach, żeby tylko pobyć w samym środku tej zimy, radość sąsiadów, którzy witają śnieg jak wielkie błogosławieństwo, z łopatami, rzecz jasna w rękach i z drugiej strony sztab kryzysowy, bo zima… No z nami coś jest nie tak.
Nie da się cieszyć i nie cieszyć równocześnie. Pięć centymetrów śniegu i paraliż komunikacyjny! To jest zwykły brak umiejętności za kierownicą i oczywiście bezmyślność, bo ta zimą bije rekordy popularności. Pamiętam zimy swojego dzieciństwa, pamiętam potem czasy studenckie, kiedy z dworca w Katowicach na osiedle Paderewskiego szłam blisko godzinę, taki wielki śnieg trzeba było pokonać po drodze! A na nogach żadne tam adidaski, śniegowce, bo w czym innym można było te śniegi pokonać! Pamiętam zaspy, które na takim moim pobliskim wzniesieniu na drodze usypały się tak wysokie, SIĘ, a nie przez odśnieżarki bez głowy, że zrównały się wysokością z autobusem, który, o ile na wzniesienie jakoś wjeżdżał, to o zjechaniu nie było mowy i szliśmy, szliśmy, bo była zima, a zimą czasem nie da się jechać, trzeba iść. Bo mamy nogi!
A poza tym przez cały ten zimowy, tegoroczny armagedon (!) wspominam nasze dziecięce powroty z sanek. Wszystko mieliśmy mokre, łącznie z majtkami, a palce u nóg odzyskiwały ruchomość po kilku godzinach! Pamiętam jak wracaliśmy ze szkoły, nie tam drogą, drogą było nudno i jesiennie, zimą wracało się po zamarzniętej rzece, potoku (oczywiście, wiem, wiem, ale całą podstawówkę tak chodziliśmy, to trudno, żebym napisała, że nie chodziliśmy). Taki czasem na nim był tłok, że aż dziw, że nikt tam nie pomyślał o sygnalizacji świetlnej!
Przestańmy czepiać się zimy! I mam takie wrażenie, że właściwie nikt, poza reporterami, się nie czepia. Usłyszałam dzisiaj w jednej z relacji telewizyjnych takie słowo „łopatowanie” – jak zwał tak zwał, widać „odśnieżanie” jest za mało trendy, no więc łopatowanie jest świetne, wszyscy uśmiechnięci, a im zimniej, tym jakaś taka dziecięca radość większa. Wreszcie można pomachać łopatą! No więc apel do reporterów – nie używajcie całej tej bitewno-apokaliptycznej palety słów, bo zima zaczyna się ludziom kojarzyć z wojną! Ewakuacja pociągu? Naprawdę? Po prostu pasażerowie musieli się przesiąść do autobusów, bo akurat drogi były odśnieżone, a tory nie. A poza wszystkim, nie da się odśnieżyć setek kilometrów dróg jednocześnie zwłaszcza, gdy bezustannie pada i zawiewa śnieg! Po prostu się nie da! Idiotyzmem jest obwinianie o zaniedbania kogokolwiek, można za to zrezygnować z wyjazdu, przeczekać noc, poczytać komunikaty i im uwierzyć, że naprawdę będzie wiało i zasypywało wszystko, co popadnie. I poza tym można po prostu się uśmiechnąć, wyciągnąć język i z powrotem poczuć, ile przyjemności przynoszą płatki śniegu na języku (żartuje, już tak nie robię).




